Końcem zeszłego tygodnia pojawił się projekt nowelizacji ustawy o OZE.

     Po kilkukrotnym przekładaniu terminu publikacji projektu nowelizacji ustawy o OZE, w końcu można się z nim zapoznać. Powszechnie wiadomo, że nad dokumentem pracowało Ministerstwo Energii, został on jednak złożony jako projekt poselski. Dlaczego? Ano dlatego, że dzięki temu sprytnemu zabiegowi Rządowi udało się uniknąć konsultacji społecznych oraz oceny skutków regulacji (OSR).  Te prawdopodobnie nie pozostawiły by na projekcie suchej nitki. W uzasadnieniu do projektu brak jest jakichkolwiek wyliczeń mogących podeprzeć proponowane rozwiązania legislacyjne i stawiane przez projektodawców tezy. Znalazło się natomiast jawne kłamstwo – jakoby projekt zyskał akceptację organizacji pozarządowych i branżowych. Dziś już wiemy na pewno, ze przynajmniej cześć z owych organizacji wyraża swój sprzeciw wobec proponowanych zmian.

Nie ma taryf jest opust.

     Ale do rzeczy – jakie zmiany nas czekają. Przede wszystkim skasowano część ustawy dotyczącą stawek gwarantowanych dla mikroinstalacji OZE (tj. stałej stawki po jakiej wytwórca energii elektrycznej w mikroinstalacji OZE mógłby sprzedać kWh do sieci energetycznej). Uchwalone w lutym ubiegłego roku stawki gwarantowane niestety nie doczekały się faktycznego startu na naszym rynku. Szkoda bo mechanizm ten jest jednym z najbardziej sprawdzonych na Świecie i w wielu krajach przyczynił się do rozwoju energetyki rozproszonej. W zamian za to projektodawcy proponują coś na wzór net-meteringu (możliwość odebrania energii z sieci dystrybucyjnej w zamian za energię wprowadzoną do tej sieci). Zgodnie z wcześniejszymi informacjami, w zależności od rodzaju instalacji, zaproponowano różne współczynniki za każdą oddaną do sieci 1 kWh, i tak:

Dla instalacji do mocy 7 kW – 0,7 kWh

Dla instalacji od 7 do 40 kW – 0,5 kWh

Dla instalacji zrealizowanych z dotacją – 0,35 kWh

     W ten oto sposób właściciele mikroinstalacji zostaną wywłaszczeni z części energii na rzecz energetycznych gigantów. Argument jest taki, że to opłata za magazynowanie energii w sieci dystrybucyjnej. Jednak w praktyce energia ta wcale w sieci się nie magazynuje. Jest ona bowiem sprzedawana najbliższemu sąsiadowi, a przychody z tego tytułu trafią do energetycznego molocha, który praktycznie nie ponosi start przesyłowych i kosztów z tym związanych. Jedynym plusem tych zapisów jest fakt, że energia którą „odbierze” z sieci właściciel mikroinstalacji, będzie zwolniona z opłat dystrybucyjnych. Wielkim minusem natomiast krótki, bo zaledwie 10 letni, okres działania tego mechanizmu.

A prosument to kto?

Nowelizacja wprowadza w końcu definicję prosumenta. W myśl projektu prosument to: ” prosument – odbiorcę końcowego:

1) niewykonującego działalności gospodarczej w rozumieniu ustawy z dnia 2 lipca 2004 r. o swobodzie działalności gospodarczej (Dz. U. z 2015 r. poz. 584, z późn. zm.2), albo

2) wykonującego działalność gospodarczą w rozumieniu ustawy wymienionej w pkt 1, z wyłączeniem działalności gospodarczej wykonywanej przez przedsiębiorstwo energetyczne w rozumieniu ustawy – Prawo energetyczne – wytwarzającego energię elektryczną wyłącznie z odnawialnych źródeł energii w mikroinstalacji w celu jej zużycia na potrzeby własne, niezwiązane z wykonywaną działalnością, o której mowa w pkt 1;”.

     Niby fajnie, bo w końcu prosumentami będą mogły zostać JST, fundacje, czy związki wyznaniowe. Nieprecyzyjny jest jednak zapis dotyczący przedsiębiorców. Na jaki mechanizm wsparcia mogą liczyć? W szczególności jeżeli jest to np. jednoosobowa działalność gospodarcza prowadzona w domu (z jednym licznikiem)?

Mikroklaster, makroklaster, instalacja hybrydowa…

     W projekcie nowelizacji pojawiły się też inne definicje np. instalacji hybrydowej (wykorzystującej więcej niż jedno źródło OZE). Są też definicje mikro i makroklastrów energii. Teoretycznie daje to podstawy do tworzenia spółdzielni energetycznych. Trudno jednak obecnie powiedzieć jak to będzie wyglądało w praktyce, widać bowiem kilka podstawowych zagrożeń dla tej szczytnej idei. Po pierwsze klastry energetyczne będą mogły produkować energię także ze źródeł opartych o kopaliny. Dziwi więc fakt że zapis ten pojawił się w ustawie o OZE. Ewentualne klastry oparte o generatory gazowe z pewnością będą konkurencyjne ekonomicznie. I z równie wielką pewnością przyczynią się do dalszego uzależniania nas od importu energii od sąsiada, który nie pała do nas wielką miłością. Po drugie działalność klastrów będzie koncesjonowana, a zazwyczaj tam gdzie są koncesje, są też równi i równiejsi. Po trzecie operator sieci dystrybucyjnej (OSD) teoretycznie musi zawrzeć umowę z klastrem jeżeli są warunki ekonomiczne i techniczne. W praktyce jednak wiemy z przeszłości jak trudno rozmawiało się z molochami w sprawie przyłączenia choćby 5 kW instalacji fotowoltaicznej. Po czwarte antymonopolowe przepisy dotyczące integracji pionowej spółek energetycznych nie będą obowiązywały w stosunku do klastrów. I znów pojawia się obawa, że najpierw przyłączani do sieci będą „swoi”.

Wraca współspalanie.

     Niestety wielka ściema jaką jest współspalanie wraca pełną parą. Dla niewtajemniczonych krótkie wyjaśnienie czym współspalanie jest. Otóż jest to dodawanie biomasy do kotłów węglowych, spalanie i produkowanie z tego energii i… otrzymywanie wsparcia za produkcję energii odnawialnej. Biomasa jest zakwalifikowana jako OZE, gdyż jej cykl węglowy jest relatywnie krótki. Teoretycznie również biomasą powinny być ścinki i odpadki z produkcji rolnej i drzewiarskiej itp. Do tej pory jednak dochodziło do wielu patologii w tym obszarze. Biomasą były np. piękne, zdrowe, drewniane kłody z polskich lasów – zmielone tuż przed kotłem. Biomasa była również sprowadzana z tak odległych zakątków Świata jak Tanzania. Teoretycznie były to kokosowe łupki, ale nikt nie da głowy ile w tych łupkach było lasów deszczowych. Emisji dwutlenku węgla i innych spalin, w trakcie transportu tejże egzotycznej biomasy, nie sposób również zbilansować w jej relatywnie krótkim cyklu węglowym. Projektodawcy przynajmniej teoretycznie próbują nas przed tymi patologiami chronić. Jest więc definicja minimalnej ilości biomasy lokalnej (do 300 km odległości). Nikt jednak nie wie jakie to minimum ma być. Jest też zapis mówiący o zakazie spalania drewna pełnowartościowego. Ale… nadgryzione przez kornika to już niepełnowartościowe. Zaczyna się to więc spinać w logiczną całość i wiemy już gdzie powędruje drewno z rżniętej Puszczy Białowieskiej.

Kto zyska, kto straci?

     Stracą na pewno obywatele.  Zostaną wywłaszczeni z części energii, którą w bezemisyjny i bezpieczny sposób pozyskali i którą zasilili krajowy system energetyczny. Zyskają energetyczne oligopole – dostaną za darmo energię z mikroinstalacji i uruchomią na potęgę współspalanie, dostając dotacje za produkcję zielonej energii. Na współspalaniu straci też np. przemysł drzewiarski, meblowy itp., gdyż należy spodziewać się wzrostu cen drewna. Co za tym idzie straci na tym rodzimy eksport i cała gospodarka. Spodziewany wzrost cen biomasy uderzy nas też w płuca. Mniej gospodarstw domowych będzie stać na stosowanie bardziej ekologicznej biomasy. W zamian za to płonął będzie węgiel niskiej jakości, albo śmieci. To raczej nie przyczyni się do poprawy stanu powietrza i redukcji niskiej emisji.

     Energetyczni giganci niechętnie godzili się na wpompowanie w polskie górnictwo 1,5 mld złotych. Nic dziwnego, bowiem gołym okiem widać, że jest to studnia bez dna. Gorsze jest jednak to, że górnictwo na cele energetyczne, co pokazują megatrendy światowe, w ogóle przyszłości nie ma. W Polsce więc, kosztem nowoczesnych pro obywatelskich i pro środowiskowych technologii, odbywa się reanimacja trupa. Energetyczny monopol musi  gdzieś te stracone pieniądze odzyskać. Wyciągnie je więc obywatelowi z kieszeni w rachunku za energie elektryczną. O wzrost kosztów oskarżone zostaną OZE (wiatraki, instalacje fotowoltaiczne). Mało który konsument pochyli się nad  tematem z większą uwagą i dostrzeże cyniczną ściemę energetycznych koncernów.

     Mimo, że ustawę należy jednoznacznie uznać za pro korporacyjną i antyobywatelską, to my pozostajemy umiarkowanymi optymistami. Tej wielkiej światowej zmiany w dziedzinie pozyskiwania energii nikt już chyba nie jest w stanie zatrzymać. Także w Polsce stale powiększa się grono świadomych konsumentów, którzy widzą szereg zalet energetyki rozproszonej. Taki konsument/inwestor/prosument widzi Świat o wiele szerzej i wybiega w przyszłość o wiele dalej. Dla niego opłacalność nie jest li tylko szybkim zwrotem poniesionych nakładów. Opłacalność to również zysk jego dzieci i wnuków, to zysk środowiska i ogółu społeczeństwa, z którym każdy z nas jest przecież, chcąc nie chcąc  związany.

Foto: http://www.euroinfrastructure.eu/  (Fot. Bulkinside)